poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Chapter 006

Znów sama, sama w swoim świecie, czterech ścianach. Zamknięta w monotonii. 
Kolejna kłótnia rodziców i kolejne grożenie rozwodem. I kolejne szkolne problemy. Ostatnio zastanawiałam się jak, to jest zachorować na śmiertelną chorobę. Jak ludzie wtedy nas traktują. Czy dalej tak samo, czy może dają nam ulgowe "bilety".

Chce mi się płakać, chce wyć z bólu. 
Mam ochotę kląć, wybijać szyby w oknach sąsiada, chce po prostu uciec. Wiem, że się zmieniłam. Boje się, że wyjdzie to na gorsze. Kolejne problemy? 
Stwierdziłam, że przestanę rozmawiać z ludźmi. Nie będę się odzywać. Schowam się, po prostu nie będę pokazywać się ludziom, nie będę z nimi rozmawiać. Izolatka...
Wystarczy delikatny uskok myśli na myśl, że zostałam znów sama, to nagle oczy zasłonięte są szybą, na które spadła fala deszczu. Podobno zmieniam się nieobliczalnie. W gronie znajomych staje się wesołą, żartobliwą osobą, która sypie kawałami z rękawa. Za to gdy zostaje sama staje się mgłą. Przeszkadzam ludziom w normalnym funkcjonowaniu, dlatego chcą abym szybko zniknęła. Jestem tchórzem? Narcystyczną egoistką? Bo odechciewa mi się żyć? Bo chce aby zatrzymał mi się chodź na chwilę puls i tak przez moment odlecieć?

Mam coraz zimniejsze ręce, coraz bardziej się trzęsą. Białka oczu zrobiły się szare, a niebieskie oczy zrobiły się granatowe, źrenice powiększone, ciało drży, a gardło wydaje z siebie delikatne piski, których nikt nie słyszy. Podaj mi swoją dłoń. Dokładnie tak! Ściśnij ją jeszcze mocniej, aż do mnie dotrze, że mogę poczuć się pewnie. Strzepnij z policzków moje łzy i spowoduj na mojej twarzy uśmiech. Nie... Jednak przestań. Puść moją dłoń i przywróć moje łzy. I tak wiesz, że nie poczuję się bezpiecznie.

To jest chore... To wszystko jest tak popieprzone. Z resztą... tak jest często tutaj - u mnie. Otwieram oczy i co mnie wita? Wita mnie muzeum wspomnień! I to ta ciągła gra z przeszłością. Jesteś taka i taka pozostaniesz. Pierwsze papierosy, pierwszy alkohol, pierwsza miłość. Tego nigdy się nie zapomina. To koduje się w pamięci jak tekst lub melodia niechcianej piosenki. Usiłujemy wybić ją sobie z głowy, a z każdą próbą koduje się ona coraz bardziej.
Ja... ja tutaj stoję. Za to ty, ty możesz czytać mnie jako książkę. W Twoich oczach dostrzegam lekki wstręt do mnie. Jednak jesteś świadom, że nie potrafię znaleźć w sobie tyle siły, aby wystarczyła mi, by iść dalej do przodu.

Nienawidzę kiedy oni przytakują "tak rozumiem twój ból". Nie! Wy nic nie rozumiecie, bo to nie wam serce rwało się na tysiące kawałków i to nie wasze wspomnienia spływały po policzkach!
Spustoszenie, czyżby kolejne?
Mówię szeptem, aby nikt nie usłyszał mojego cichego wołania...

piątek, 4 kwietnia 2014

Chapter 005

Porównano mnie do kamienia, leżącego na drodze - można robić ze mną co się ze chce, można mnie zdeptać, zmieszać z błotem, rzucić gdzie się chcę, a ja spełnię każdą zachciankę. To boli, nawet w kilku procentach nie może dać mi szczęścia.
Moje życie to znów ruiny, nie ma tak za grosz radości. Przekopuję gołymi rękami ruiny, kaleczę się o ostre kawałki szkła, szukając panicznie czegoś, czego nie znajdę. W końcu opadam z sił i całe ciało jest w delikatnych ranach, a gdzie nie gdzie odłamki szkła wbijały się w skórę. To wszystko jest tak poukładane, a zarazem chaotyczne. Ten cały "poukładany chaos". Nie wiem jak go określić, jakich kolorów użyć, kiedy będę chciała go narysować lub jakich słów użyć, gdy będę usiłowała go opisać, nie ma nic co by to mogło opisać. Wszystko stało się niestabilne, moje nogi chwieją się, niepewnie stawiam kolejne kroki. Czuje się jak taki niemowlak, stawiający swoje pierwsze kroki. Tępo patrzę po ludziach bijących mi brawo, przyglądających mi się z radością, a inni chcą mnie dobić wzrokiem, wtedy właśnie upadam i zaczynam panicznie płakać, boję się stawiać nowych kroków, boję się iść na przód, brnąć w to całe "życie". Znów dziecko zaprogramowane podług ludzi, śnie jak oni chcą, myślę, zachowuję się jak oni sobie zażyczyli, bo boję się, że znów mnie odrzucą i pójdę w kąt jak zepsuta zabawka. 

Wszystko mnie boli. Nie mam siły wstać z łóżka, a najchętniej spałabym całymi dniami, tak aby nikt mnie nie widział. Schować się w swojej kryjówce i nie patrzeć na światło dzienne, a w nocy ukazywać się ciemnym ulicą, zapchlonego miasta. I tak bezsensownie chodzę po tych ciemnych uliczkach. Nie widzę sensu w tym wszystkim. Znów wszystko stało się tak szare i nudne.

Moja historia przeglądarki na laptopie to same samobójcze filmiki. Nie wiem czy to normalny stan, ale już tak dużo osób mi powtarza, że powinnam się wziąć za siebie. "Dziewczyno, musisz się w końcu ogarnąć". Te słowa dziwnie mnie bolą, jakby miały sens tylko i wyłącznie ranienia mnie. Ogarnij się dziewczyno. To można tak różnie odbierać w ten negatywny sposób i ten mobilizujący. Dla mnie wszystkie słowa ludzi są negatywne. Podobno ludzie są samotni jak gwiazdy... Dalej rozmyślam czemu jak gwiazdy. To jest tak dziwne, nieobliczalne, nie do opisania. W mojej głowie tylko pustka i bijące się myśli. "Pustka", tak dobrze znane mi słowo. Znam je na pamięć, nie jest trudne do zapamiętania, ale trudne do ogólnego zrozumienia. Dla mnie pustka to coś w rodzaju ekstazy. Nie umiem tego ująć w jakiekolwiek dłuższe słowa, to za dużo jak dla mnie. Za dużo jak na jedną osobę, która jest nikim w społeczeństwie, jestem osobą, która usiłowała kiedyś zawojować światem, a świat zawojował nią, doprowadzając do brania silnych psychotropów, lekomania... Tak mało osób wie co to jest ból, gdy wchodzisz do apteki a recepcjonistka z miejsca każe ci wyjść, szukasz takiej apteki gdzie w końcu przyjmą fałszywą receptę od lekarza. Jednak to nie trwa długo gdy nagle słyszysz telefon do rodziców, że dziecko podrabia recepty, w szkole wygląda jak naćpane. Kolejna domowa wojna, kolejne trzaskanie drzwiami i potrzaskane lustra, a o które rzucam rzeczami z mojego pobliża, także kolejne dni milczenia, nie odzywania się w domu. Po burzy powinno wyjść słońce. Jednak w moim przypadku po burzy jest wichura, tornado, tsunami, a na końcu? A na samym końcu jest armagedon. Nie jestem w stanie już się bronić przed tym całym życiem. Ja z każdym dniem jestem coraz słabsza. Nie mam sił by wstać o własnych nogach i biec przez życie jakby nigdy nic.
Co chwilę się potykam... o kłody, które ktoś mi podłożył. A gdybym biegła komuś ratować życie i nagle przewróciła się na takiej kłodzie? To niewyobrażalne, moje myślenie nie jest w stanie dokładnie opisać mojego obecnego stanu. Chodzenie po pokoju, zrzucanie książek, które przed chwilą poukładałam alfabetycznie.

Widziałam dzisiaj w szkole, jak i słyszałam, jak mój wychowawca rozmawiał z moją klasą na mój temat. Drążyli go bardzo długo za pewne z myślą, że ja nic nie usłyszę. Dawno nie poczułam się tam skrzywdzona przez ludzi, którzy odrzucali mnie z grona. Dlatego tak nienawidzę ludzi. Dlatego wszyscy ludzie dla mnie to samice psa. Długo siedziałam w szkolnej łazience płacząc. Każdy kto chciał do niej wejść zaraz wyszedł. To wszystko to jedno, wielkie społeczne gówno. Każdy na każdego... Mam dość ludzi, kłamliwych osób, wycierających mną podłogi...

Tak naprawdę to ja chyba sama sobie nie chcę pomóc, dlatego stale wracam do żyletek, temperówek. Nigdy jednak nie będę wstanie podnieść się bez wsparcia drugiej osoby. Może tak właściwie czas "ogarnąć się"? Nie... Nie jestem piękna, mądra i nie noszę na sobie nie wiadomo jak drogich rzeczy materialnych, ale jedyne co w sobie mi się podoba to to, że jestem prawdziwa w tym zakłamanym świecie.
Bo to boli, gdy kiedyś bliska ci osoba nagle jest daleka. Przechodzi obojętnie obok ciebie, nie bacząc na twoje uczucia. A emocjonalnie zużyły się już baterie, a najgorsze jest to, że żadne inne baterie już nie pasują.

Te łzy co spływają mi po policzku, widzisz? Tak, ty. Widzisz je? Jeśli widzisz to musisz wiedzieć, że to nienawiść do ludzi, emocji i wszystkiego co ziemskie.


sobota, 29 marca 2014

Chapter 004

Mówią mi, że "odchodzę". Jednak ja w to nie wierzę. W czasie, kiedy zaczynam wierzyć w siebie mówią, mi że nie wrócę do dawnego JA. Wbito mi nóż w plecy. 
Psycholog stwierdził u mnie zaburzenia dwubiegunowe, co potwierdzili inni. Siedząc przed lustrem miałam zawahania. Raz mówiłam do kawałka szkła jaka to jestem piękna, a raz stałam przy swoim brzuchu z nożyczkami. Moje nogi, ręce, brzuch, wszystko wygląda jak potargany kawałek papieru. Czerwona, krwista rana, obok rany. Nie mam już miejsca gdzie je zaznaczać. Każda kreska coś świadczy. Jest to droga, która prowadzi donikąd. Jedne oznaczają moje chwile słabości, a inne efekt nudy. Starałam się oduczyć tego złego nawyku. Jednak po upływie za dużej ilości czasu bez niego on wracał. Z pochyloną głową... Stała za mną czarna pani. Ręce schowane, wyglądający jak czarna, wielka smuga dymu, wyciąga powoli do mnie rękę. A kiedy już próbuję ją złapać nagle się budzę ze snu. Zdyszana, zapłakana. Wychodzę z pokoju i idę powoli po ciemnym korytarzu, dotykając ścian, drzwi, tak aby nie przewrócić się. Łapie za klamkę i otwieram drzwi. Świeże powietrze w moich płucach nagle zaczyna dusić, zaczynam kaszleć, aż w końcu delikatnie osuwam się na zimne schody. Tkwię tam do póki ktoś mnie nie znajdzie. Nie wiem czy śpię, czy może umieram. Leże, oddech łapczywy, nierównomierne bicie serca, znów czarna smuga dymu. Bardziej wyraźna, jakby bliżej mnie. Nie wyciąga już rąk. Nagle jasność, lekko otwieram oczy i zostaję oślepiona porannym światłem. Oślepia mnie do stopnia, że nie umiem doczołgać się do drzwi, aby szybko wbiec do domu i znów pójść spać. Nie... Dalej muszę czekać aż ktoś pomoże mi wstać.
Czasami jestem jak ten pająk. Zawsze sam wstaje, ale nie ma siły podnieść się ze śliskiej powierzchni. Tym razem nie jestem wstanie podnieść się z tych ruin. Chyba będę tu jeszcze długi czas leżeć. Dzień, dwa, rok, wieki... Zależy kiedy ludzie się zmienią. Kiedy spojrzą na mnie nie pod kątem "wiecznie smutna dziewczyna", tylko "osoba, która oczekuje na pomoc". Właśnie oczekuje na pomoc. Dalej leżę na tych zimnych schodach. Omijają mnie jak trędowatego. Jakbym miała zaraz ożyć i zachowywać się jak zombie, zabijając ich i jedząc ich. Nie... Chce pomocy. Chcę akceptacji.

Znów ją przytuliłam. Miała tak zimne ręce, a tak ciepłe spojrzenie. Mówiła mi, że jestem jej światem, drogowskazem i z chęcią przymnie mnie w swoje progi. Krzyczę kiedy powinnam milczeć, milczę kiedy powinnam krzyczeć.
Gdyby ludzie wiedzieli o mnie wszystko zamknęli by mnie w ZOO, albo zapisali do Cyrku. Zarzucono mi egoizm, że przekraczam granicę. A ja powtarzając stale, że czas nigdy nie zwraca. Moje ręce, tak bolą, palą, jakby wylał ktoś na nie wrzątek.
Moje drogi stały się zaognione. One też potrzebują ewidentnie pomocy.

Noc... Raz, dwa trzy. I tak do tysięcy. Liczę tak co noc. Zwykle zasypiam dopiero około czwartej nad ranem. Chociaż ja nie zasypiam, tylko zamykam oczy aby wyjść z świata zmartwień i wejść do świata spokoju. Tam nie ma szczęścia i miłości, jest czarne i czasami białe, panuje stoicki spokój. Brak zmartwień o tym, że nie mam kogo przytulić.

Wole moją samotność od chłodnego, bez końca we dwoje.
Dożywocie czterech ścian, sens traci tu każdy plan. Pozwól mi zdjąć maskę mą, pod nią płaczę. Wolę moją samotność od tych absurdów codziennych tłumaczeń. To jest pajęczyna pustych dni. Nie masz tu nic poza samym sobą i własnymi myślami. Tutaj nikt nie słyszy skarg. Tylko urwany ton przez kraty smutku, nie nie mam gdzie uciekać. Nic nie będzie jak kiedyś. Czekam na swoją egzekucję, która chyba nigdy nie nastąpi...

Śniło mi się, że umieram. Przyjemne spadanie, w ciemną otchłań. Obudziłam się, bo zawył mój głośny budzik. Jak zwykle jedyne co słyszałam rano to "czemu ty musisz tak późno chodzić spać". Może moje sny wywołane są tym, że do późnej nocy czytam książki, w których głównym celem jest zabijanie i egzekucja ludzi, którzy popełnili jakieś błędy. Zadaje sobie coraz częściej pytanie co by było gdybym to ja miała własnie tak skończyć. Śmiertelny zastrzyk, komora gazowa, strzał z dubeltówki etc. Mogłabym wymieniać tak przez wieki. Ciekawe, gdyby powiedziano mi, że za 23 godziny i 59 minut umrę, bo zostanę stracona. Jaka była by moja reakcja. Tylko właśnie... Tutaj postawiam po raz kolejny przed sobą pytanie "co by było gdyby". Śmierć jest nieobliczalna. Robi na ludziach wyliczanki i ślepo ich wybiera. Bierze tych co nie zabili by nawet muchy, a zostawia tych, którzy zabili by za pieniądze. Własnie dlatego nie lubię tej ciemnej strony śmierci, panicznie tej "strony" się boję, ze strachem, że i mnie to będzie czekać. W końcu... Wszystko kiedyś się skończy. Życie zatrzyma się jak film, podczas którego są długie reklamy, z niecierpliwości wyłączamy go i nie wracamy do niego. Tak będzie z każdym kto żyje. Wyłączymy ten "film" i więcej do niego nie wrócimy, bo po co skoro uciekły nam najważniejsze wątki?
Dobranoc, wszyscy umrzemy...

sobota, 22 marca 2014

Chapter 003

"Jedyne co umiesz najlepiej robić to płakać". Te słowa z każdą ich wypowiedzią, coraz to bardziej mnie bolą. Jak gdyby miały mi uświadomić powód mojego płaczu, a zarazem kolejnym gwoździem do trumny. 
Dzisiaj porównałam ludzi do małp. Nigdy nie starałam się samej siebie porównywać do tego, ale musiałam. Nie umiem do teraz stwierdzić, czemu przed sobą tak sztywno postawiłam tą tezę, ale ona jest mi bliska. 
Mój nastrój jest o kilka setnych procenta lepszy, z błahego powodu. Padał deszcz. Zapluł wszystkie miejsca, do których miał możliwość dotarcia. Kiedy pada deszcz staję się dziwnie spokojna, nie chodzę, panikując po pokoju, ani nie płaczę. Gdy pada deszcz ze spokojem siadam na parapecie i patrzę jak powoli, a zarazem szybko spada z dostojnością na ludzi, którzy są nim przerażeni. Ja zaś zaczynam się ironicznie śmiać i na ułamek sekundy na mojej ponurej twarzy pojawia się uśmiech.

Nigdy nie czułam takiego spustoszenia jak teraz. Znów siedzę w kącie na podłodze i wchodzę do "pudełka nicości". Nie mogę nawet irracjonalnie myśleć, bo wpatruję się w ścianę z tą głupią nadzieją, że coś z niej wyczytam, coś tam jest.
Pierwszy raz coś tam wyczytałam. Zobaczyłam, że za dużo wymagam. A raczej dalej za mało. Sama nie wiem. Wyczekuję od ludzi nie wiadomo czego, chociaż wymagam tylko akceptacji. Pomoc w mojej bezsilności, bo ona zabija nawet tych najlepszych. To jest tak jakbyś stał przed mordercą i wręczył mu nóż, zastanawiając się czy stać dalej czy może jednak uciec.
Pytają się skąd te krwawe ślady na moich wargach, jakby nie wiedzieli, że przygryzam usta, kiedy tęsknie.
Nadzieja, wspomnienia, krztuszenie się nimi co dnia. I ta cholerna nadzieja, że jednak po burzy wyjdzie słońce, i nadejdą te lepsze dni. Nadzieja... Po raz kolejny się okłamałam mając dalej "nadzieję".

Ciekawe co się stało z moim sercem, które jest głodne, pragnące miłości. Opadłam w nową, żałosną rutynę. Co ranek sprawdzam czy nikt nie czeka na mnie przed domem. Z rozczarowaniem sprawdzam przed drzwiami, czy może nie śpi obok. Zawiedziona powtarzam sobie ciągle "może jeszcze nie wstał, może jutro". Wiem, żałosne. Ale od tego jest wyczekiwanie na miłość i sama miłość. Stworzono ją aby się ranić, krzywdzić, a zarazem oddać za siebie na wzajem rękę lub nawet skoczyć w ogień. Miłość dzieli ludzi, za to śmierć łączy na zawsze.
Dla ludzi śmierć to strach przed, którym stale się ucieka, omija się tego typu tematy oraz sytuacje, w którym gra ona główną rolę. Niektórzy zaś omijają temat miłości, przytaczając za to tematykę śmierci.

"Jednego serca tak mało, tak mało. Jednego serca trzeba mi... na ziemi". Wyczekuję stale na coś co nigdy się nie wydarzy. Z dziwnymi uczuciami, myślami, że może jednak.
A może jednak nie? Może jednak tak? Nie wiem. Nie jestem już niczego pewna. Nie ufam już sobie. A więc jak żyć, normalnie żyć, nie ufając sobie? Bojąc się swojego cienia, który dziwnie za tobą chodzi. Tak skomplikowane, a zarazem tak proste.
Już wiosna. Nie! Nie chce wiosny! Ja chce zimę! Długie, ciemne, zimne wieczory, kiedy będę mogła wziąć to rąk kubek gorącej herbaty i książki.
Moje myśli delikatnie się poukładały, jakby ogarnęły i zaczęły się układać w jedną całość. Nie chce wychodzić z łóżka. Nikt mnie tam nie widzi i nie może źle powiedzieć na mój temat.
Czyżbym znów umierała od środka? Znów?

poniedziałek, 10 marca 2014

Chapter 002

Śmieje się do ściany. Nawet ściana mówi mi jaką jestem zimną panią na "K". Jestem chyba opóźniona z rozwojem albo stoję w miejscu i nie chcę iść dalej.
Dzisiaj nic nie jadłam. Nie licząc masła orzechowego z ciastkami dla dzieci. Ale jadłam tylko rano. Robię sobie we wszystkim przerwę. Ciekawe czy da się zrobić przerwę w życiu. Kilka podstawowych przycisków: cofnij, przyśpiesz, stop, powróć. Najlepiej gdyby nie było przycisku powróć. Znaczy się przycisku "start". Mój psycholog powiedział, że zbyt odizolowuje się od ludzi i świata, że powinnam do nich "wyjść". To całe "wyjście" to nich traktuję jak paradę. Wszyscy się na mnie patrzą i pewnie myślą: O! Idzie taka, która skończy w naszej kamienicy jako menel! Mówią to ludzie pełni cynizmu, patrzący tylko na czubek własnego nosa. Boże czemu jak tak nienawidzę ludzi? Tak, również nienawidzę samej siebie. Nie ufam sobie. Żyję bez zaufania, a to dziwne. Psychologom, do których chodziłam nasuwało się mnóstwo pytać, bo jak można żyć i normalnie funkcjonować bez zaufania do swojej osoby? No i tu był problem. Ja nigdy normalnie nie funkcjonowałam, nie funkcjonuję i obawiam się, że funkcjonować nie będę.

W środku krzyczę: "Kochaj mnie! Kochaj mnie! Ty masz mnie kochać!". Znów osuwam się delikatnie i bezszelestnie na ziemię, i leżę. Bardziej świadoma, ale ludzie nieświadomi. Omijają mnie z myślą, że jestem pijana albo naćpana. Lepiej mnie nie ruszać, bo ich ugryzę i zarażę wścieklizną. Może i jestem agresywna, i czasem moje zachowanie jest karygodne, ale nie jestem aż takim zwierzęciem.

Szukam wszędzie wymówek. Przestaje być sobą. Jestem swoimi rodzicami, ludźmi otaczającymi mnie, ale nie jestem sobą. Chciałabym być pewnego rodzaju zmianą, zmianą, którą pokazałabym całemu światu. 
Pamiętniku, odnowiłam stare przyjaźnie. Jak oszalała szukałam po szufladach, szafkach, a nawet pod łóżkiem zwykłych temperówek. 
Rany niemiłosiernie palą. Nie mogę się nawet umyć, bo kiedy poda lekko je muśnie zaczynają palić. Chodziłam z kąta w kąt, taka trasa - okno, drzwi. Zgubiłam się. Stanęłam po środku pokoju i wpatrując się w zaplute deszczem okno, zaczęłam płakać. Nie wiedziałam gdzie jestem, w tym momencie. Gdzie tak naprawdę stoję, czy na stabilnym gruncie, czy na sypiącym się fundamencie. 
Zaczęłam nawet czytać. Co wieczór zakopuje się w kołdrę z książką i latarką. Staje się małym dzieckiem, które boi się, że rodzice przyłapią je na jedzeniu słodyczy. To dziwne, ale boję się. Strach przed tym, że ludzie dowiedzą się jaka naprawdę jestem. 
Może i zaczęłam czytać, ale przestałam się uczyć. Zapewne będę miała znów z jakiegoś przedmiotu zagrożenie, a rodzice nie wybacza mi tego, bo w końcu moje rodzeństwo jest tak idealne, a ja tak niezdarna, samolubna, egoistyczna i pesymistyczna. I mogłabym tu wymienić jeszcze setki epitetów, którymi mnie określają. 
Czasem chciałabym trzasnąć drzwiami i wyjść z domu, bez słowa tłumaczeń gdzie idę, z kim i o której mam zamiar uczyć. I słuchać pouczeń, nie pij, nie pal, nie ćpaj.

Oczy niezdrowo mi się szklą, włosy zaczynają kręcić, a z warg leci krew, bo z nerwów znów je przygryzłam. Zimno mi, marznę. Jest 10 marca, za oknem praktycznie wiosna, a ja już chcę zimę. Rozmawiam ze swoimi myślami. Wydedukowałam, że jestem chora psychicznie i potrzebuję natychmiastowej pomocy. Znów mój oddech zmienił się w dyszenie psa, wpatruję się w ciemność i wyszukuje w niej całej prawdy o sobie, nic tam nie ma. Tylko ciemność. Kolejny raz umieram, umieram od środka.
Serce bije nierównomiernie i krzyczy, wołając o pomoc. Chce się wyrwać chodź na chwilę z więzienia, które samo sobie zgotowało. Wtedy wszystkie bariery pękają. Zaczynają sypać się moje fundamenty wraz z budowlą, zwaną "życie". Zapełniam pustkę sztucznymi uczuciami, jednak budowla nie wygląda jak nietknięta. Jak i moje ciało. Stało się kartką papieru. A pomimo posklejania takiej kartki nie będzie wyglądać jak nowa.
Tak to jest, kiedy... Nie umiem znaleźć słów żeby opisać co czuję. Po prostu napiszę, że idę spać. Bo dziadek mi mówił w śnie, że sen jest tak podobny do śmierci i nie ma zamiaru mnie z niego budzić. Chociaż nie wie czy tyle śpię, bo wiem czym jest sen, czy może jednak o tym jeszcze nie wiem.
Idę spać, śmierci! Witaj w mych skromnych progach!






niedziela, 9 marca 2014

Chapter 001

Idę szybko, wręcz biegnę i naglę spowalniam, aż staję w miejscu. Nie wiem co się wtedy dzieje. Nie widzę nić poza białym światłem.
I tylko stoję wpatrując się w jeden martwy punkt, w którym szukam całej prawdy o świecie i istotach żyjących na nim. Doszukuję się w tym punkcie wszystkiego.
W pewnym momencie cały ten "trans" urywa się. Najczęściej spowodowane jest to dźwiękiem aut, które trąbią na mnie, abym zeszła z jezdni.
Przechodzę o kilka, kilkanaście kroków dalej i bez szmeranie  osuwam się na ziemię. Nikt nie mnie widzi, każdy jest zajęty sobą. Jestem świadoma, że leżę na ulicy bądź chodniku. Widzę wszystko, ale za mgłą, wszystko wyraźnie słyszę, ale jednak wyglądam jakbym umierała.
Jem tonami ciastka dla dzieci. Mdłe, bo mdłe ale nie są nafaszerowane takim świństwem. Tak, znów fobia na punkcie swojego wyglądu.
Ludzie nie akceptują tych brzydszych, gorszych.
Dlatego wolę leżeć na chodniku, i patrzeć jak ludzie patrzą na mnie jak na menela.